Siedem dni w Arktyce: ekipa MrBeasta próbuje odkupić poprzednią porażkę

Otwórz w YouTube ↗
Przegląd

Jimmy (MrBeast) i jego przyjaciele spędzają tydzień w arktycznej dziczy. Mają tylko to, co zmieściło się w plecakach. Motywacja jest otwarcie osobista: poprzednie wyzwanie survivalowe grupa „oblała”. Jimmy wspomina, że byli wtedy blisko wyspy, ale się nie udało. Teraz chce, żeby razem z piątką przyjaciół „się zrehabilitować”. Przez cały film wraca to samo pytanie: czy uda się przetrwać siedem dni bez przerywania wyzwania, skoro zapasy jedzenia starczą najwyżej na połowę tego czasu.

12 min czytania

Zasady: bez namiotów, z flarą i ceną za rezygnację

Jimmy z góry zapowiedział, że nie biorą namiotów. Domem ma być schronienie wykopane w śniegu. Na starcie stoją na pokrywie grubej na ponad 60 cm. Pierwszego dnia mają dwa cele: zbudować schronienie i rozpalić ogień. Ostrzegają się nawzajem, że jeśli nie wejdą do środka przed nocą, mogą zamarznąć, a dziesięć minut na nocnym wietrze może skończyć się odmrożeniem.

Drugiego dnia poznają zasadę rezygnacji. Raz dziennie nad obozem przelatuje samolot. Kto chce odejść, odpala flarę, ale najpierw musi zgolić głowę na łyso. Ten mechanizm wraca potem kilka razy: przy kolejnych przelotach uczestnicy ze śmiechem albo całkiem serio rozważają wystrzelenie flary.

Dzień pierwszy: śnieżny fort i pierwsze ognisko

Uczestnicy kopią w zaspie. Śnieg w głębi robi się coraz twardszy, a łopat brakuje. Wyjaśniają, że śnieżny fort ma osłaniać przed arktycznym wiatrem, tak żeby dało się go ogrzać ciepłem własnych ciał. Równolegle ktoś szuka martwego, suchego drewna na opał.

Pierwsza próba zmieszczenia się w forcie wypada słabo. Schronienie jest ciasne i da się w nim leżeć tylko z podkurczonymi nogami. Do zmroku zostają dwie godziny, więc grupa ściga się ze zmierzchem: powiększa jaskinię i rozpala ognisko. Ogień się udaje. Można rozmrozić rękawiczki i stopić śnieg na wodę. Ktoś przypala sobie kurtkę i spodnie, które naprawdę się zajmują.

Po północy schronienie wciąż jest za małe. Mieści może trzy osoby. Hase i operator kamery Darius się nie mieszczą, a jeden z uczestników zapowiada, że będzie spać na zewnątrz. W środku leżą „upchnięci jak sardynki”.

Dzień drugi: oszroniony sprzęt, problem latryny i pierwsze wątpliwości

Rano wszyscy mówią o fatalnej nocy. Rzeczy są oszronione, a kamera prawie zamarzła. Operator nie może jej trzymać, bo marzną mu ręce. Ktoś nie czuje palców u stóp. Po pierwszym przelocie samolotu nikt jednak nie rezygnuje.

Celem dnia jest takie powiększenie schronienia, żeby cała szóstka mogła spać wyciągnięta. Godziny kopania przerywa przyziemny problem. Ktoś pyta o plan na wypróżnianie się, a wychodzi na to, że namiot, który miał służyć za latrynę, był na liście do spakowania, ale nikt go nie zabrał, bo zabrakło miejsca w plecaku. Szukanie miejsca na latrynę ma swoje ryzyko: uczestnicy mówią, że załatwianie się blisko obozu może przyciągnąć niedźwiedzie. Jeden z nich niepokoi się, że widzi ślady zwierząt, ale samych zwierząt nie, i ma wrażenie, że jest obserwowany. Przyznaje też, że ma głowę pełną negatywnych myśli i poważnie myśli o flarze.

Jimmy mówi, że czuje się jak szóstego czy siódmego dnia „normalnego” wyzwania i nie wie, czy wszyscy wytrwają. Wskazuje też główny nierozwiązany problem: zabrali zapasy na trzy, może cztery dni. Jeśli nie zaczną łowić i polować, nie przetrwają.

Noc odmrożeń

Po zmroku temperatura spada tak bardzo, że według narracji nawet schronienie nie chroni przed odmrożeniami. Chandler nie czuje palców u stóp i ledwo wyczuwa dotyk. Palce są białe, „zero koloru”, a duży palec według niego nigdy nie był tak płaski. Grupa ocenia to jako prawdopodobnie lekkie odmrożenie i ogrzewa jego stopy pod pachą kolegi.

Dzień trzeci: śnieżyca, w którą samolot nie leci

Rano okazuje się, że pilot nie przyleci, bo za mocno pada. Uczestnicy zwracają uwagę na ironię: najgorszy dzień wyzwania jest jedynym, w którym nie da się ewakuować. Dni największego ryzyka to zarazem dni, w które samolot nie lata.

W nocy spadło według ich oceny około 75 cm śniegu, „połowa Tareqa”. Cała „kuchnia” z przyrządami do gotowania jest zasypana. Drewno jest mokre i ognisko nie chce się rozpalić. Ktoś wpada na pomysł, żeby użyć piór jako rozpałki. Pióra działają, ogień się rozpala, a Chandlerowi wraca kolor w palcach.

Teraz trzeba zdobyć jedzenie. Ktoś przyniósł świder do lodu, a obok obozu jest zamarznięte jezioro. Część grupy, w tym Jimmy, Hase, Tareq i Darius, idzie łowić. Nolan zostaje jako „medyk” przy Chandlerze. Na jeziorze mocno wieje, celują w ciemne plamy, licząc na cieńszy lód. Wiercą długo, ale świder okazuje się za krótki, a lód za gruby, żeby dotrzeć do wody. Do tego ubrania są przemoczone i grozi im hipotermia, więc wracają bez ryb.

Jimmy mówi, że ten powrót „dał mu do myślenia” i przypomniał poprzednią porażkę. Morale wyraźnie spada. Ktoś prosi, żeby go uśpić i obudzić siódmego dnia. Jeden z uczestników tłumaczy, czym grożą mokre ubrania: gdy woda zamarza blisko ciała, można umrzeć. Bez działania ktoś złapie hipotermię. Rozwiązaniem są gałęzie świerka cięte na wyściółkę. Mają izolować od ziemi, bo spanie na niej potęguje zimno. Gdy Hase przynosi gałęzie, uczestnicy opisują to jako święto i nadzieję na ciepłą noc.

Dzień czwarty: dron, rzeka i wyprawa na nartach

Dzień zaczyna się słońcem, ale szybko pojawia się ciemna chmura zwiastująca śnieżycę. Do tego jedzenie ma się skończyć tego dnia, jeśli niczego nie złowią. Dalekie miejsce do łowienia wybierają dzięki dronowi Dariusa. Szukają lodu, pod którym płynie woda, bo to ich zdaniem oznacza cieńszy lód. Znajdują dużą rzekę za jeziorem i lasem, a dużo wody oznacza według nich dużo ryb.

Jezioro przekraczają na nartach biegowych, które miały ułatwić przeprawę. Jimmy i Darius bez przerwy się przewracają. W lesie zakładają rakiety śnieżne i natrafiają na wielkie ślady. Hase rozpoznaje w nich łosia, więc idą w przeciwną stronę. Jimmy mówi, że upokorzył się zbyt wiele razy, żeby wrócić bez ryb.

W obozie Chandler i Nolan powiększają schronienie na polecenie Jimmy'ego. Chandler wymyśla wycinanie ogromnych bloków ze stropu, a pozostali ostrzegają go, żeby nie zawalił sufitu. Sami przyznają: „Nie wiemy, co robimy”.

Nad rzeką grupa wierci, licząc na cieńszy lód. Jimmy mówi do kamery, że motywuje się gadaniem, ale boi się, że zmarnowali czas, energię i kalorie. W trakcie wiercenia przylatuje samolot i pojawia się realna pokusa: ktoś ma „palec na spuście”, ktoś mówi, że mogą „zakończyć cierpienie”. Ostatecznie flara nie zostaje odpalona. Jeden z uczestników zauważa, że obóz jest daleko i nie widzieliby flary.

Dziura ma już długość ręki, a wody wciąż nie ma. Grozi powtórka z poprzedniego dnia, choć „nauka mówi”, że lód na rzece jest cieńszy. Jeden z uczestników upadł na brzegu i nabrał śniegu do buta. Jego palce robią się czerwone, potem fioletowe, więc ogrzewa stopy pod pachą Dariusa. Po trzech godzinach na mrozie grupa uznaje, że musi wracać, bo inaczej ktoś „nieironicznie” może zrobić sobie krzywdę. Zbierają się chmury, a oni są „pośrodku niczego”. Godzą się z kolejną porażką.

W obozie Chandler i Nolan wykopali ponad 1,5 metra i powiększyli jaskinię tak, żeby nikt nikogo nie budził w nocy. Wiadomość o braku ryb bije jednak w morale. Ktoś mówi, że powinien był odpalić flarę.

Dzień piąty: ostatni posiłek i wyprawa w śnieżycy

Piątego dnia zostaje ostatni posiłek i kilka przekąsek. Trwa śnieżyca, więc samolot nie przyleci. Śnieg jest mokry i wyjście oznacza przemoczenie. Jimmy uznaje to za bardzo niebezpieczne, a mimo to postanawia wrócić do przerębli. Zakłada, że po powrocie ktoś będzie mieć hipotermię, więc prosi zostających w obozie o przygotowanie ciepłej wody i stanowiska pierwszej pomocy. Wyjaśnia też, dlaczego ryzykuje: zna swoich przyjaciół i uważa, że jeśli tego dnia nic nie złowią, następnego dnia odpalą flary. A on nie chce znowu przegrać.

Przez śnieżycę rezygnują z nart, żeby nieść mniej, choć droga się przez to wydłuża. Ich wcześniejszy szlak jest całkowicie zasypany. W obozie zostali Chandler i Nolan, którzy żartują, że „wszystkie kompetentne osoby poszły”. Wymyślają jednak sposób na mokre drewno: rozłupują martwe drzewo, które w środku jest suche, i zeskrobują z niego rozpałkę.

Nad rzeką świder pozostawiony pod drzewem („jak Excalibur”) mógł przymarznąć, ale udaje się go wyjąć. Trzeba poszerzyć boki dziury, żeby świder wszedł głębiej. W tym czasie ktoś szuka cieńszego lodu w miejscu, gdzie spotykają się rzeki, bo tam prąd ma być silniejszy. Uczestnicy podsumowują stawkę prosto: jedzenie to ogrzewanie. Kto nie je, marznie, a kto marznie, łapie hipotermię.

W końcu ktoś krzyczy, że się przebił. Pada też liczba „jakieś 20 cm”. Grupa zakłada mrożoną przynętę i zaczyna czekać, choć nawet w dobrym miejscu może to potrwać godzinę. Jimmy przyznaje, że jest mu bardzo zimno i traci nadzieję. Boi się, że bez kalorii będzie im zimno w nocy, a jeśli śnieg się nasili, wyzwanie trzeba będzie zakończyć. Mówi, że nie chce przegrać dwóch wyzwań z rzędu, bo nie lubi przegrywać, i że będzie siedział, dopóki nie złowi ryby. Właśnie w trakcie tego monologu coś bierze.

Pierwsza ryba wymyka się z rąk. Jimmy miał ją w dłoni i trzymał za wargę, ale ryba „szła bokiem”. Przyznaje, że nigdy wcześniej nie wyciągał ryby gołymi rękami. Koledzy przekonują, że skoro jest jedna, będzie ich więcej. Wkrótce ryba zostaje złapana, a po chwili, gdy „coś ciągnie” przy Hasem, wyciągają drugą. Podsumowanie: po siedmiu godzinach dwie ryby. Jeden z uczestników mówi, że od wielu godzin nie pił wody i boli go głowa.

W tym czasie w obozie Chandlerowi udaje się rozpalić ogień, a woda jest gotowa. Gdy wyprawa wraca, obie grupy świętują. Pierwszą rybę gotują od razu, drugą zostawiają na dzień szósty. Uczestnicy mówią, że chyba nigdy nie jedli tak świeżej ryby.

Dzień szósty: rozrywka i refleksja Jimmy'ego

Jimmy uznaje, że po pięciu ciężkich dniach przyjaciele zasługują na rozrywkę, i zapowiada niespodziankę, jeśli wytrwają do siódmego dnia. Jeden z uczestników nazywa to wyzwanie najtrudniejszym do tej pory, a ktoś pyta, czy na pewno gorszym niż jedzenie „kiszeniaków” siedem lat temu. Rozmowa zamienia się w krótką retrospektywę: od prawie dekady robią takie wyzwania survivalowe, które przynosiły jedne z gorszych, ale też najlepszych chwil w ich życiu.

Jimmy mówi, że najlepiej bawi się przy tych filmach, bo śmieją się razem w jaskini, odcięci od świata. Dziękuje przyjaciołom, że filmy, które „w teorii powinny być okropne”, mają wiele świetnych momentów. Dziękuje też widzom. Mówi, że jako chłopiec marzył o takim życiu, jakie ma teraz, i zwraca się do siebie za dziesięć lat z nadzieją, że wciąż będzie zajmował się YouTube'em.

Wieczorem są przemoczone zabawy w śniegu, a na ostatnią noc pianki i gorąca czokolada. Jimmy zdradza, że następnego dnia nie wrócą helikopterem, a na pytanie, czy w ogóle wrócą, odpowiada tylko: „Zależy. Zobaczycie”.

Dzień siódmy: sprzątanie i psi zaprzęg

Siódmego dnia Jimmy żartuje najpierw, że zostają na kolejny tydzień. Potem stawia warunek: nikt nie odejdzie, dopóki dokładnie nie posprzątają wszystkich śmieci. Okazuje się, że flara była sekretnym sygnałem, ale nie dla helikoptera, tylko dla zaprzęgu arktycznych psów. Grupa wraca na saniach, marząc o ciepłym prysznicu.

Cel postawiony na początku zostaje osiągnięty: cała szóstka wytrwała siedem dni, nikt nie odpalił flary rezygnacji i nikt nie zgolił głowy. Sam film pokazuje jednak, jak niewiele brakowało. Wyjście z kryzysu przyszło dopiero piątego dnia, po dwóch nieudanych wyprawach, gdy Jimmy otwarcie liczył się z tym, że bez ryb grupa nie dotrwa do końca.