50 ekspertów kontra 50 amatorów: MrBeast sprawdza, co daje przewagę w przetrwaniu, wiedza czy zasoby

Otwórz w YouTube ↗
Przegląd

MrBeast zostawił w dziczy sto osób podzielonych na dwie pięćdziesięcioosobowe drużyny. Niebiescy to eksperci od survivalu, czerwoni to amatorzy, z których niewielu spało kiedykolwiek pod namiotem. Nagrodę, 250 tysięcy dolarów do podziału, dostanie drużyna, w której w chwili nadejścia pomocy zostanie więcej osób. Jedyny sposób na wycofanie się to odpalenie flary i czekanie na ratunek. Film sprawdza, czy wygra wiedza, czy sprzęt, i po około 20 dniach daje zaskakującą odpowiedź.

17 min czytania

Nierówny start: wiedza kontra zakupy

Różnica doświadczenia była widoczna od razu. Jeden z ekspertów spędził kiedyś w lesie trzy miesiące, i to dla zabawy. Gdy MrBeast zapytał amatorów, ilu z nich przetrwa miesiąc, reakcja była na tyle niepewna, że skomentował ją krótko: „Matko, już po nich”.

Ponieważ niebiescy mieli wyraźną przewagę, MrBeast wyrównał szanse. Przed startem wyjaśnił czerwonym, na czym polega wyzwanie, i zabrał ich do sklepu po wszystko, czego potrzebowali. Kupili między innymi linę, plandekę, zapalniczkę i zapas wody. Jedna z uczestniczek wzięła 24 butelki. Niebiescy wiedzieli tylko tyle, że wystąpią w filmie MrBeasta. Jeden spakował się „na każdy klimat”, inna myślała, że lecą na Alaskę.

Eksperci od początku mieli plan: proste szałasy z materiału znalezionego w lesie, z dobrą izolacją. Jeden z nich powiedział, że zdobywał te umiejętności przez mniej więcej dziesięć lat, ale do zbierania materiału potrzebuje dziesięciu osób. Budowa miała też podnieść morale. Amatorzy rozbili między innymi namiot dla dzieci („Na szczęście jestem niski”), a jedna uczestniczka przyznała, że robi to, co widziała w filmach. Mimo to czerwoni twierdzili, że pokonają profesjonalistów, bo sami są „poniekąd profesjonalistami”. Niebiescy zapowiadali tymczasem, że zostaną w lesie „aż do świąt, póki ktoś ich nie wyrzuci”. MrBeast podsumował, że ich hobby to cierpienie w lesie.

Pierwsze noce: sprzęt wygrywa, potem przegrywa

Pierwsza noc przyniosła zaskoczenie. Lepiej poradzili sobie czerwoni, którym pomógł kupiony sprzęt. Ekspertów męczyła gwałtownie spadająca temperatura. Jedna z uczestniczek mówiła, że jest wycieńczona i odwodniona, nie mogła spać, bo ziemia była zimna, a wszystko inne mokre. Pierwsze flary odpalili właśnie niebiescy, wśród nich 66-letni uczestnik z protezami obu kolan. W tym czasie czerwoni chwalili piękny poranek i to, że mają przerwę od świata.

Eksperci musieli szybko poprawić schronienia, żeby nie tracić kolejnych osób. Tłumaczyli, że szałas nie może być zwykłą kupą patyków i potrzebuje około 30 centymetrów warstwy liści, która chroni przed deszczem. Amatorzy też budowali, na przykład dach, pod którym jedzenie miało pozostać suche. MrBeast zwrócił jednak uwagę, że eksperci maksymalnie wykorzystują ograniczone zasoby, a amatorzy szybko tracą przewagę. Oglądając jedno z czerwonych schronień, zapytał: „Tylko tyle zrobiliście?”. Gdy zapadł zmrok, czerwoni dalej się bawili, a jeden z ekspertów przewidywał, że choć pracują ciężko i zużywają całą energię, długo nie wytrwają.

Wysiłek niebieskich zaczął się opłacać. Jeden z nich mówił, że ich szałas jest lepszy niż luksusowy hotel, rano, że spał jak dziecko i było mu ciepło. Zakładali, że czerwoni mają namioty i śpiwory, ale byli przekonani, że dadzą radę.

Głód i ukryte jedzenie

Dla amatorów najtrudniejszy okazał się pusty brzuch. Przez pierwsze dwa dni zjedli przywiezione przekąski i nagle wszyscy byli głodni. Niebiescy mieli Setha, eksperta survivalu, który prowadził zajęcia ze zbierania dzikich roślin. Według narracji zmienił las w sklep spożywczy, a w pobliskiej rzece zbudował pułapkę na ryby. Amatorzy mieli sprzęt wędkarski, ale bez wiedzy łowili tylko śmieci.

Czwartego dnia brak jedzenia przestał być żartem. Czerwoni zgłaszali przez radio, że nie mają nic. MrBeast zauważył, że familijne opakowanie przekąsek starcza na 45 minut, więc „musiał coś wymyślić”. Ukrył w lesie jedzenie, między innymi buraki i jabłka, i uznał, że wystarczy go, jeśli drużyny będą nim rozsądnie gospodarować. Obie założyły spiżarnie. Uczestnicy podkreślali, że zapasy starczą, o ile wszyscy będą współpracować i nikt nie obróci się przeciwko reszcie.

Rozłam wśród ekspertów

Wśród niebieskich szybko pojawiła się nieufność. Julia chciała schować jedzenie, bo nie chciała, żeby kontrolowali je inni. Obawiała się, że będą jeść „jak opętani” i dla niej nic nie zostanie. Mówiła, że są ludzie gotowi głodować przez tydzień i tacy, którzy nie są. Eksperci ugotowali kolację z zebranego prowiantu, ale atmosfera była napięta. Randy zaczął podejrzewać, że część osób coś ukrywa. W szopie uczestników, którzy już odeszli, znaleziono zapasy, między innymi ziemniaki. Randy ocenił, że ci ludzie nic nie wnosili do drużyny, ale przypomniał, że do wygranej potrzebna jest liczba osób. Niebiescy stracili wtedy już pięciu członków, więc zaapelował, żeby następnego dnia nikt nie odchodził.

Apel nie pomógł. Odchodziły kolejne osoby, a kłótni przybywało. Spór o to, czy jedna z jedenastu osób może zjeść jabłko, ktoś skwitował jako niedorzeczny. Jedna z uczestniczek opisała problem wprost: 50 survivalowców to 50 maniaków kontroli i perfekcjonistów, z których każdy próbuje przewodzić. Po tych słowach zrezygnowała. Piątego dnia z gry wypadło już dziewięciu ekspertów.

Racje, ból głowy i „pozytywne delulu”

Czerwoni wydzielali racje i ta strategia pomagała im przetrwać, choć kosztem komfortu. Jeden z uczestników mówił, że na co dzień je na śniadanie sześć jaj, a tu dostaje jedno jabłko, i znosi to „dla tej kasy”. Nie wszyscy wytrzymali. Uczestnicy mówili o braku energii i bólu głowy, a ktoś marzył o bufecie śniadaniowym i gofrach. Z głodu zrezygnowało sześciu czerwonych. Pytani o najtrudniejszą rzecz, wymieniali brak jedzenia, słońce i robaki, „czyli wszystko”.

Mimo to nastroje w części obozu były dobre. Czteroosobowa grupa pokazała swoją „willę” i przyznała, że śpi się coraz lepiej, bo obniżyli standardy. Warunki u ekspertów oceniali jako „100% lepsze”, a jedna uczestniczka powiedziała o sobie, że jest „pozytywnie delulu”. Zapytani, jak radzą sobie niebiescy, czerwoni zgadywali, że skoro wszyscy są ekspertami, to pewnie się kłócą, bo każdy jest pewien swojej racji. MrBeast skomentował, że trafili w punkt.

U niebieskich część osób proponowała, żeby tego dnia w ogóle nie jeść, bo zapasy nie starczą dla 50 osób, a „to nie luksus, tylko survival”. Brittany, liderka czerwonych, próbowała zatrzymać odejścia, gotując śniadanie, ale recenzje brzmiały „okropne” i „niedobre”. Ktoś skarżył się na ból brzucha i płakał, że chce do domu. Niebiescy próbowali rozładować napięcie wspólnym bębnieniem, ale kłótnie trwały dalej, choćby o wycieranie blatów przed gotowaniem. Jedna z uczestniczek przyznała, że bycie częścią drużyny jest dla niej trudne, bo „z natury się przeciwstawia”. U czerwonych skończyły się owoce, a wraz z nimi śniadania, i odeszły kolejne dwie osoby. Drużyny nie wiedziały, ile osób zostało u przeciwnika. Widzowie mieli się tego dowiedzieć dopiero na końcu.

Wyzwanie 50 puszek

Potem przyszło wyzwanie, które według MrBeasta miało zupełnie odmienić film. Z pędzącego samochodu zrzucił obu drużynom po 50 puszek z jedzeniem. Zasady: po 72 godzinach wygrywa drużyna, która odda najwięcej nieotwartych puszek, a przy remisie nie wygrywa nikt. Czerwoni najpierw krzyczeli „to zjedzmy wszystko!”, ale szybko uznali, że rywale właśnie na to liczą. Postanowili zakopać puszki i pilnować dyscypliny: nikt nie dotyka jedzenia i nikt nie podkrada. Niebiescy schowali swoje w lesie, tak żeby dostęp miało tylko kilka osób.

Ósmego dnia sytuacje drużyn wyraźnie się rozeszły. Czerwoni znaleźli w lesie stary grill węglowy, a pochmurna pogoda dała im odpocząć od słońca. Jeden z nich mówił, że to niesamowite, jak bardzo trochę jedzenia i zmiana pogody wpływają na siłę woli. U niebieskich rosła wysypka po sumaku jadowitym, a pułapki były puste. Ktoś żartował, że zaraz zje pastę do zębów, inni wyliczali, co jest w zakopanych puszkach: wołowina, groszek, kukurydza. Tymczasem sami szukali raków, a jeden z uczestników natknął się na węża.

Burza i mróz

Wieczorem nadeszła potężna burza. Uczestnicy obawiali się nawet tornada. Według jednego z nich temperatura spadła w dziesięć minut o mniej więcej dziesięć stopni, zerwał się wiatr, a potem zaczęło lać. Niebiescy ściskali się w schronieniach i nie wierzyli, że czerwoni znoszą to równie dobrze. Rzeczywiście nie znosili: części czerwonych wiatr zwiał lub zawalił namioty i musieli schronić się w samolocie stojącym na terenie obozu. Kolejna noc była najzimniejsza od początku. Rano na liściach, drzewach i fotelu z samolotu leżał szron, a ognisko niebieskich zalała woda. Po burzy do domu wróciło sześciu czerwonych i dwóch niebieskich.

Gdy minęły 72 godziny, MrBeast zebrał puszki. Obie drużyny oddały wszystkie 50, więc nikt nie dostał nagrody. Niebiescy przyjęli to spokojnie, czerwonych wynik rozzłościł. Zaraz po ogłoszeniu wyników odeszły trzy osoby, a wkrótce łącznie pięć. Pytani, czy żałują, że nie zjedli puszek, przyznawali, że tak. U niebieskich morale też od razu spadło.

Odejście Setha

W kolejnych dniach niebiescy mówili o niskim morale, braku snu i ciągłym głodzie. Seth próbował rozweselić obóz gwizdaniem, ale jeden z uczestników powiedział, że wolałby dostać kopa w krocze, niż tego słuchać. Ktoś inny przypominał, że w domu czekają na niego żona i córka. W końcu odszedł sam Seth. Mówił, że nauczył drużynę budować szałasy odporne na pogodę i starał się, żeby wszyscy mogli odnieść sukces. Uważał, że niebiescy wygrają, ale nie mógł dłużej zostawić firmy, bo „biznes jest na pierwszym miejscu”. Drużyna pożegnała go okrzykami „Kochamy cię, Seth!” i „GOAT”.

Inni opisywali skutki diety złożonej głównie z ryżu: odczuwalną utratę wagi, ból bioder i poczucie, że organizm zaraz się zbuntuje. Gdy odeszła Mymona, ktoś żartem zapowiedział, że weźmie jej porcję fasoli. Pojawił się też bardziej wyrachowany ton: im więcej osób odpada, tym większa nagroda przypada pozostałym. U czerwonych odchodzenie kolejnych osób oznaczało więcej obowiązków dla reszty. Brittany odeszła, więc jej rolę przejęła inna uczestniczka. Dziewczyny pokroiły marchew i szczypiorek i wyszło smacznie, a jedna z nich mówiła, że udowadnia sobie, że może więcej, niż kiedykolwiek myślała.

Deszcz i spór o plandekę

Podczas kolejnej ulewy czerwoni pokazali swoje „Airbn-Beast”, schronienie z wejściem osłoniętym od wiatru, którego drzwi jeden z uczestników uszczelniał ostrokrzewem. U niebieskich padało bez przerwy przez pięć godzin. Wszyscy mieli przemoczone buty, skarpetki i ubrania, a miejsca do spania były mokre. Wybuchł spór o jedyną plandekę. Część osób twierdziła, że miała chronić ryż i fasolę, inni, że była przeznaczona na schronienie dla wszystkich, a nie pozwalano im nawet pod nią stanąć. Ktoś tłumaczył, że właśnie przenoszą zapasy, żeby zrobić miejsce dla ludzi, ale emocje były już na skraju. Czerwoni w tym czasie uzupełniali wodę, czytali w namiotach i drzemali. Jeden z nich nazwał te dni najłatwiejszymi, „zapychaczami”.

Pięć pudeł i jeden guzik

Czternastego dnia przyszło wyzwanie, które według narracji mogło rozstrzygnąć rywalizację. Obie drużyny dostały identyczny zestaw pięciu pudeł otwieranych po kolei. Następne pudło odsłaniano dopiero wtedy, gdy obie drużyny odrzuciły poprzednie. Drużyna, która pierwsza wcisnęła guzik, zatrzymywała przedmiot, a rywal zostawał z niczym. Jeśli obie odrzuciły wszystko, obie dostawały całą zawartość.

Zestaw wędkarski odrzucono bez wahania, bo „w tej rzece nie ma ryb”. Przy żeliwnych garnkach i patelniach czerwoni się wahali, ale zwyciężył argument, że jeśli nikt nie wciśnie, dostaną wszystko. Czekoladki Feastables okazały się bolesną pokusą, bo uczestnicy „zaczynali się ślinić”, ale i je odrzucono. Z narzędziem budowlanym poszło łatwo, bo schronienia już stały. Przed ostatnim pudłem MrBeast ostrzegł, że jeśli druga strona wciśnie guzik, zostaną z niczym. W obu drużynach rozgorzała dyskusja. Część uważała, że rywale nie mają powodu dawać czegokolwiek komuś, kto nic nie ma, więc wcisną.

W ostatnim pudle były steki, przekąski Jack Link’s i przyprawy dla całej drużyny. Patrick z niebieskich wcisnął guzik od razu, zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć. Czerwoni, którzy wcześniej krzyczeli, żeby nie wciskać, zostali z niczym, a ktoś z nich pytał, czy nikt nie miał odwagi. Szybka reakcja Patricka dała niebieskim przewagę, ale jego lekceważenie zdania innych od razu wywołało konflikt. Wegetarianka krzyczała, że jej nie słucha, a on odpowiedział, że nikogo to nie obchodzi. Po tym starciu obie drużyny straciły kolejnych graczy.

Dla pozostałych niebieskich był to pierwszy moment przewagi od dwóch tygodni. Mówili, że stek jest lepszy niż Boże Narodzenie i Święto Dziękczynienia, a białko dodało im energii. Czerwoni żałowali garnków, bo bez nich mieli w jedzeniu węgiel. Jedna z uczestniczek przypominała, że prosiła Isaiah, żeby jej zaufał.

Pieniądze, egoizm i rozpad niebieskich

Gdy skończyło się mięso, u niebieskich pojawił się kolejny problem: pieniądze. Ponieważ odeszło wiele osób, potencjalny udział każdego w 250 tysiącach dolarów rósł. Nikt nie znał dokładnej kwoty, ale mówiono o „tysiącach dolarów”. Według narracji Trinh uknuła plan, jak zwiększyć swoją wygraną, a inni skarżyli się, że działa im na nerwy. Wrócił spór o plandekę, z wzajemnymi oskarżeniami o egoizm. Uczestnik, który mówił, że jego kariera opiera się na dobrej energii i że zawsze próbuje poprawić innym humor albo zrobić salto, uznał, że „zrobił wystarczająco, by wygrać”, i odszedł. Trinh jako jedyna zjadła lunch i odpowiadała, że będzie jeść, kiedy jest głodna, i nikomu nie musi się tłumaczyć. Inni oceniali, że nie potrafi pracować w zespole.

Czerwoni słyszeli krzyki i oklaski z obozu rywali i domyślali się, że ktoś odpalił flarę. Przewidywali, że drużyna niebieskich zaraz się rozpadnie, i wierzyli, że mogą wygrać. Sami, według narracji, naprawdę się polubili i podkreślali, że trzeba działać razem i być altruistycznym. Niebiescy tymczasem tracili kolejnych ludzi. Po odejściu Patricka ktoś stwierdził, że jeśli drużyna zaczyna się rozpadać, „tak musi być”. Joel odchodził z niesmakiem po sporze o to, czy ktoś mógł zjeść ryż. Twierdził, że nikt z nim tego nie ustalał, a chciał odejść z czymś pozytywnym. Część pozostałych cieszyła się z odejść, inni zauważali, że im mniej osób, tym mniejsze szanse na zwycięstwo. Jedna z uczestniczek deklarowała, że zostanie do końca, bo „nie przegrywa”.

Kontrast najlepiej pokazał jeden dzień. Czerwoni zrobili sobie relaks nad rzeką, złapali sporą rybę, razem ją oczyścili i ugotowali, zbierając pochwały za smak. U niebieskich w tym samym czasie padały słowa „jesteś fałszywa” i „nie robisz nic poza gotowaniem żarcia bez smaku”. Jedna z uczestniczek odeszła we łzach, mówiąc, że inni lubią się pastwić i że dała z siebie wszystko. Inna tłumaczyła, że jeśli coś jest dla ciebie odpowiednie, daje ci spokój, a ona tego spokoju tu nie czuje. Padło też zdanie, które streszcza problem ekspertów: to, że jesteś przygotowany do przetrwania w dziczy, nie oznacza, że przetrwasz w grupie. Czerwoni przez pięć dni nie odpalili ani jednej flary. U niebieskich po odejściu Amelii ktoś zarzucał Trinh, że świętuje, choć przez jedną osobę więcej czerwoni mogą wygrać.

Finał: flara ukryta w obozie rywala

Po trzech tygodniach MrBeast ogłosił ostatnie wyzwanie. Każda drużyna dostała mapę obozu przeciwników i miała zaznaczyć, gdzie ukryć u nich pistolet z flarą. Drużyna, która pierwsza znajdzie swoją flarę, zdecyduje o końcu filmu: może ją wystrzelić od razu albo za pięć czy dziesięć dni, a druga strona nie będzie miała na to wpływu. MrBeast przestrzegł jednak, że wystrzelenie flary może oznaczać przegraną. Czerwoni ukryli pistolet daleko, przy granicy terenu, żeby niebiescy „zapracowali na to i spalili dużo kalorii”.

Start pokazał różnicę w organizacji. Niebiescy mieli plan i podzielili mapę na sektory. Czerwoni ruszyli w chaosie, wołając „czekajcie, gdzie idziemy?”, a MrBeast pytał, czy nie ustalili niczego, kiedy czekali. Jeden z czerwonych zatrzymał się, żeby uzupełnić wodę, przekonany, że rywale nie są nawet blisko. Po serii nieudanych poszukiwań rozległa się syrena. Flarę znalazła Taylor z niebieskich.

Niebiescy szacowali, że czerwonych zostało ośmiu. Przyznawali, że rywale mogą mieć więcej osób, ale w to nie wierzyli. Gdy MrBeast zasugerował, żeby może poczekać do jutra, odpowiedzieli, że czekali już 20 dni, i odpalili flarę. Po zdjęciu worków okazało się, że niebieskich zostało jedenastu, a czerwonych dziewięciu. Niebiescy wygrali 250 tysięcy dolarów, a każdy z nich wrócił do domu z 22 tysiącami. Czerwoni też nie wyjechali z pustymi rękami, bo każdy dostał 4 tysiące dolarów za czas spędzony w lesie. Jedna z amatorek mówiła, że emocje nią targają, ale cieszy się, że tak długo wytrwali przeciwko ekspertom.

Film zamyka wniosek wypowiedziany na koniec: wiedza i zasoby nie są aż tak ważne, najważniejsza jest współpraca. Formalnie wygrali eksperci, różnicą dwóch osób, ale przebieg rywalizacji pokazywał, że ich największym przeciwnikiem nie był ani mróz, ani głód, tylko konflikty we własnej drużynie.